Strażniczki internetu
Ostatnie tygodnie były wspaniałym okresem dla fanów dram i internetowych plotkar. Śluby celebrytów, nowe jedzenie w Żabce, premiery dwóch "Lalek" naraz, kontrowersyjne reklamy i po drodze jeszcze kilka nowych reality show, które część widowni bierze zbyt poważnie. Początkowo chciałam napisać coś, co by się odnosiło do reakcji ludzi na reklamę z nagą amerykańską aktorką, ale zanim zabrałam się za pisanie, to doszło do kilku innych afer, które wstrząsnęły tysiącami albo i milionami Polaków. Wszystkie, albo prawie wszystkie, łączy pewne irytujące zjawisko.
Jak to zwykle wygląda: dzieje się coś względnie kontrowersyjnego. Ludzie zaczynają to komentować - czy to na żywo, czy online. Piszą sobie komentarze, portale plotkarskie szaleją, osoby, wokół których kręci się drama, czasami odniosą się do sprawy kolejnym postem albo filmikiem, proces się powtarza, a po jakimś czasie ludziom temat się nudzi i umiera on śmiercią naturalną. Ale zanim do tego dojdzie, głos muszą zabrać one: zawodowe strażniczki internetowej moralności.
Osoby, które z pozycji samozwańczych ekspertów mówią nam, jak żyć, a jak nie. Niby promują piękne wartości życiowe, równość, tolerancję i mówią, że nie należy za dużo czasu spędzać w social mediach, a potem odnoszą się do każdej. Możliwej. Dramy. To trenerzy lub dietetycy, którzy hurtem nagrywają filmiki o tym, że pizza z Żabki jest niezdrowa, bo ma dużo tłuszczu. „Ciałopozytywne” dziewczyny, które oburzają się na każdy mikrotrend urodowy z tiktoka, który w Polsce widziało poza nimi pewnie z 10 osób i nie ma on realnego wpływu na nasze kompleksy i sposób postrzegania ciała. Psychologowie, którzy robią dwuminutowe analizy postaci z reality show, jeszcze najlepiej skończone diagnozą lub jakąś odmianą słowa „toksyczne”. Blogerki, które wytykają, jak można robić podcast o swoim związku i monetyzować swoje prywatne życie... podczas gdy same chętnie od lat np. monetyzują swoje macierzyństwo przez robienie reklam z udziałem swoich dzieci. Generalnie - chodzi o osoby, które bardziej lub mniej szczerze wyrażają swoje oburzenie w prostej formie głównie po to, żeby zwrócić na siebie uwagę i mieć co wsadzić między jednym a drugim postem sponsorowanym. Zasięgi, pieniądze i moralność na pokaz - to trzy magiczne moce współczesnej strażniczki sieci.
I ja nie mówię, że absolutnie nie ma sensu komentować jakichś szkodliwych zachowań. Czasami też jakaś celebrycka afera może być ciekawym punktem wyjścia do głębszej i bardziej ogólnej dyskusji o jakimś problemie. Ale najczęściej jest to po prostu tani sposób na wybicie się, zdobycie publiczności zarówno dla siebie jak i osób, które niby krytykujemy i które niby uznajemy za szkodliwe. I robi to już tyle osób, że wszelkie opinie na temat aktualnie gorącego tematu stają się wtórne i nic nie wnoszą, nawet jeśli są słuszne. A traci na tym zwykły widz, który daje się wciągnąć na godziny albo i dni w problemy, które go absolutnie nie dotyczą i nie ma na nie żadnego wpływu.
Co możemy z tym zrobić? Nic. To znaczy, dosłownie, nic. Ignorować, przestać karmić swoją uwagą i lajkami tych, którzy pod przykrywką edukowania i troski przeplatają umoralnianie z reklamami za pięciocyfrowe kwoty. Którzy tworzą ✨wartościowe treści ✨ będące albo oczywistością, albo pochwałą jakiegoś jednego stylu życia i cichym gardzeniem wszystkim, co do tej wizji nie pasuje. Może kilku oburzonych nie zmieni świata, ale przynajmniej nasze głowy będą wdzięczne za mniej wyimaginowanych problemów.
Stop making stupid people (and people who make stupid people famous) famous.
A następnym razem popiszę sobie o tym, kiedy moralne internetowe oburzenie może - dla odmiany - przynieść coś dobrego.