Umiarkowany snobizm kulinarny
Kilka lat temu chciałam być osobą, która fascynuje się gastronomią, a nie po prostu "lubi dobre jedzenie". Kimś, kto nie tylko umie sobie coś w domu ugotować, ale też używa autentycznych składników w swojej kuchni, w weekendy odwiedza najlepsze restauracje w mieście (a że mówimy tu o Krakowie, to jest to poziom gwiazdek Michelin, a nie tej jednej knajpy, w której serwują coś innego niż kebab z frytkami), wie, jak dobrać wino/piwo/kawę/herbatę do pory dnia i potrawy, a w trakcie wakacji je tylko lokalne jedzenie, uznając pójście na burgera za osobistą porażkę.
Nigdy taką osobą nie zostałam i dopiero niedawno dotarło do mnie, że tak naprawdę, w głębi serduszka wcale tego nie chciałam. Dobrze mi jest siedzieć sobie pośrodku drogi między kompletnym laikiem a entuzjastą fine diningu, reprezentując coś, co można nazwać "umiarkowanym snobizmem kulinarnym".
Pierwszy aspekt tego umiarkowania jest czysto finansowy. Na co dzień nie powiedziałabym, że specjalnie oszczędzam na jedzeniu. Czasami kupię chleb z marketu za 4zł, czasami wydam 30zł w ✨rzemieślniczej piekarni ✨ na bochenek tej samej wielkości i drożdżówkę, bo tak ładnie się do mnie uśmiechała i jest sezon na maliny (na drożdżówce była aż jedna). Ale jakoś nie jestem w stanie wydać kilkuset złotych na kolację w restauracji. Nawet jak nachodzi mnie myśl, że można by było sprawdzić jakieś fajne miejsce, albo o co tyle szumu z gwiazdką Michelin, to sprawdzam menu i stwierdzam: no nie, za drogo, może jednak znowu ramen. Z przystawką, żeby nie było, że mi bardzo żal pieniędzy.
I ja rozumiem, że w takich poważnych, ekskluzywnych restauracjach ta cena skądś się bierze. Tylko mam wrażenie, że powyżej tego poziomu już nie płacimy za składniki czy wypłatę dla kucharza, ale za doświadczenie. To, że kelner czy kucharz opowie nam całą historię dania, sommelier dobierze wino, a same potrawy będą podane w tak wyszukany sposób, że ułożenie ich na talerzu zajęło pewnie tyle samo czasu, co ich ugotowanie. I jest pewnie wiele osób, które tego doświadczenia szuka - ja po prostu nie jestem jedną z nich. Mnie interesuje przede wszystkim jedzenie i to, jak smakuje, a nie jak wygląda. Jeśli chodzi o całą otoczkę - nie musi być ekskluzywnie, wystarczy wygodnie i miło.
Kolejna rzecz to coś, co wynika z ograniczeń, które sama sobie narzucam, więc niby nie powinnam narzekać, ale że to jest mój blog, to mogę. Otóż od pewnego czasu mięsa nie jem, alkoholu też raczej nie piję, i okazało się, że jak już przestałam kierować się zasadą "ok, jak już raz na miesiąc gdzieś wyjdę to nie będę się ograniczać", to większość miejsc traci swój urok. Jeśli z menu wyniesiemy kartę win i wszelkie warianty kawałka mięsa w sosie, to zostaje zazwyczaj niewiele. O ile to "niewiele" broni się jakością, to dobrze, gorzej, jak to jest coś w stylu: możesz za tę samą cenę dostać pieczoną rybę, ziemniaczki i jeszcze jakiś dodatek albo... pieczonego bakłażana z kawałkiem chleba. Najsmutniejszy jest moment, kiedy wybierając się gdzieś widzę, że w menu mają całkiem niezłe wegetariańskie opcje, jest ich nawet sporo, ale... okazuje się, że to menu sprzed 2 lat, a w obecnym została jedna i to jeszcze ta, na którą miałam najmniej ochotę. Najwyraźniej trendy przemijają, a ja zostaję głodna.
No dobrze, na razie to brzmi, jakbym prezentowała postawę całkowicie przeciwną snobizmowi, elitarności, a nie jakoś tam umiarkowaną. Ale tak, trochę we mnie tradycjonalistki w kuchni jest. Na przykład carbonara na śmietanie to dla mnie nie carbonara i tutaj staję w szeregu razem z obrońcami autentycznej włoskiej kuchni i jej nazewnictwa. Jasne, eksperymenty są spoko, jeśli też ktoś chce podmienić jakieś składniki ze względu na alergie czy specyficzną dietę to też wszystko w porządku. Ale podmianka składników "bo łatwiej" lub "bo taniej" to nie jest coś, co mi się podoba i co bym chciała widzieć w restauracjach czy książkach kucharskich (w domu to oczywiście, niech sobie każdy gotuje, co chce).
Nie umiałabym też jest w kółko tego samego. Wiem, że niektórzy tak potrafią, i czasami im zazdroszczę. Dla mnie jednak ta przyjemność z jedzenia i odkrywania nowych potraw, smaków, jest dziwnie ważna. I nawet, jeśli mam swoje comfort food, to bym nie mogła jeść ich codziennie. Powtarzania tego samego jadłospisu co tydzień czy co miesiąc nie próbowałam, ale pewnie też bym miała tego dość w pewnym momencie.
Jaki był cel tego postu? Nie mam pojęcia, chciałam spisać gdzieś swoje luźne przemyślenia na temat jedzenia. I może delikatnie zasugerować, co chyba nie pierwszy raz tu robię, żeby zastanowić się nad tym, co faktycznie sprawia nam przyjemność, a co robimy, bo jest modne i fajne i wszyscy dookoła tak robią 😊